06.12.07, 23:53, dodany przez M.L.
Tekst jest polemiką z artykułem Jamesa P. Pinkertona pt. “The Once & Future Christendom. From death of the West – to knights of the West”. Serwis Elendilion opisywał ten artykuł tutaj.
Tolkien wielokrotnego wykorzystania
Po hipisach, ekologach, pacyfistach, przyszedł czas na neo-konserwatystów. Tolkien okazuje się być towarem wielokrotnego wykorzystania, każdy go wykorzystuje wedle swego widzimisię nie specjalnie zwracając uwagę, na to co sam Tolkien mówi. Bo kogo to w końcu interesuje? Każdy wie lepiej od niego, co autor miał na myśli.
Tekst Jamesa P. Pinkertona, jest kolejnym z tych, które wpisują się w modna ostatnio manierę używania Tolkiena i Władcy Pierścieni dla wspierania swoich twierdzeń i uczynienia ich bardziej przystępnymi i zrozumiałymi dla odbiorcy. To kolejny casus wykorzystywania Tolkiena i odczytywania go przez pryzmat własnej ideologii, konkretnej wizji świata i rzeczywistości, czy też potrzeby danej chwili. Jest w nim tyle z Tolkiena, co w twierdzeniu, że Pierścień jest alegorią broni atomowej. Bez dwóch zdań autor zna WP i to całkiem dobrze. Rozumie przesłanie tej książki o wiele lepiej niż Kamil Eckhardt, autor artykułu: Kontrrewolucyjny “Władca Pierścieni”. Nie zmienia to jednak faktu, że odczytuje dzieło Tolkiena w konkretnym kontekście i przyjmuje wygodą dla swojej tezy interpretację.
Tolkien ideologicznie wykorzystany:
Zacznijmy od tych wypowiedzi autora, z którymi trudno się nie zgodzić. Autor pisze, że: „Tylko jedna rzecz zagraża tej rozbuchanej różnorodności – nadciągająca fala wszechogarniającego uniwersalizmu, uosabianego przez Saurona, który dąży do podbicia całego świata, wszystkiego i wszystkich.” Nie da się ukryć, ze Tolkien postrzega Saurona, jako uosobienie uniwersalizmu, dodajmy totalitarnego uniwersalizmu, którego celem jest totalna uniformizacja. Sauron, to w końcu duch totalitarnego ładu i porządku, który kontroluje wszystko i wszystkich.
Temu, jak słusznie wskazuje autor, Tolkien przeciwstawia Zachód, którego uosobieniem jest Shire – świat indywidualizmu i solidarności wyrastającej z oddolnej potrzeby lokalnych społeczności, a nie odgórnie narzuconej przez taką czy inną władzę. I tu, moim zdaniem, kończą się podobieństwa tez autora i poglądów Tolkiena. Kiedy bowiem autor Władcy Pierścieni określa siebie, jako anarchistycznego monarchistę, to chodzi mu właśnie o społeczeństwo organizujące się oddolnie z własnej potrzeby i dla własnego pożytku. Monarcha natomiast jest symbolem większej społeczności, rzeszy takich lokalnych społeczności, w której każda z nich zachowuje swoja odrębność i tożsamość, co nie stoi na przeszkodzie by czuć lojalność i odpowiedzialność za większa całość. Do tolkienowskiej wizji idealnego społeczeństwa doskonale pasuje niemiecki dualizm pojęć dotyczących ojczyzny. Mamy Heimat i Vaterland. Heimat – to mała ojczyzna, ta najbliższa i najważniejsza, kraj sąsiedztwa kraj najbliższych nam ludzi. Vaterland to wielka ojczyzna, państwo, z którym czujemy związek. Wierność i lojalność obu ojczyznom nie jest ze sobą sprzeczna, przeciwnie uzupełniają się i są ze sobą powiązane. Miłość do Vaterland wyrasta z miłości do Heimat.
Dla Tolkien ideałem jest więc królestwo wielu małych ojczyzn. Gdzie monarcha odpowiada za zewnętrzne bezpieczeństwo, dba o wewnętrzny ład, jest wyrazicielem tej większej jedności i wspólnoty, ale nie ingeruje, bez wyraźnego powodu, w życie lokalnych społeczności, szanuje ich tożsamość i wolność. Doskonale wyraża ten ideał spotkanie króla Elessara I Telcontara ze swymi hobbickimi przyjaciółmi na moście na Brandywinie. Aragon nie wjeżdża na teren Shire, bo sam ustanowił prawo zakazujące Dużym Ludziom wjeżdżania do tej krainy. W tej scenie mamy wszystko, co przemawiało do Tolkiena: praworządność, której podlegają wszyscy, z monarchą-suwerenem włącznie, władza, która rozumie, że jest po to by służyć i szacunek dla praw lokalnych społeczności.
Władztwo Aragona, to idealne królestwo, nie dlatego, że rządzi nim potomek Elendila, król sprawiedliwy, ale dlatego, że to królestwo różnorodności, gdzie każdy może być sobą, tak jednostka, jak i każda społeczność może zachować własną tożsamość, będąc zarazem członkiem większej całości. Zachód Tolkiena staje w obronie różnorodności.
I tu J.P. Pinkerton dobrze odczytuje intencje Tolkiena i na pierwszy rzut oka prezentuje ten sam pogląd. Staje w obronie wielości przeciw uniwersalizmowi. Tolkien jest bowiem zwolennikiem wielokulturowości, nie koniecznie we współczesnym rozumieniu, a w sensie szacunku dla innych i poszanowania ich odrębności.
Kiedy Tolkien wyraża swą niechęć do imperiów, to przede wszystkim chodzi mu o ich tendencję do niszczenia odrębności, indywidualizmu, o niszczenie (nie zawsze zamierzone) lokalnych kultur, likwidację odrębności małych ojczyzn. On bowiem kocha wielość i różnorodność i to nie tylko języków. Kiedy, za socjalistą Morrisem powtarza swą niechęć do Rzymu, to przecież nie chodzi o niechęć do dorobku cywilizacyjnego. Nie chodzi o Panteon, betonowe mosty, traktaty Seneki, amfiteatry, czy termy, chodzi właśnie o to, że dominująca kultura samym faktem swej dominacji niszczy mniejsze i słabsze. Chodzi o to, że wspaniałą wielość języków zachodu (celtyckich, iberyjskich, iliryjskich, italskich, germańskich), wielość kultur i lokalnych społeczności, zajmuje hegemonia jednego języka, jednej kultury i jednej tradycji. Ma Rzymowi za złe, że nawet kiedy upadł jego wpływ kulturowy był tak przemożny, poprzez świeckich i duchownych intelektualistów, że zniszczył tradycje ludów germańskich, militarnie i politycznie zwycięskich. Zemsta pokonanych zniszczy tradycje Burgundów, Franków, czy Gotów, niemal bez śladu. I tego Tolkien nie może wybaczyć Rzymowi. I jest w tym skądinąd pewna schizofrenia, bo kultura łacińska będzie i jest intelektualnym i kulturowym fundamentem jego ukochanego kościoła. Ale Tolkien wie, ze życie to nie jest prosty układ 0-1.
Tolkien nie znosi Imperium Brytyjskiego, on urodzony u schyłku panowania królowej Wiktorii, który dorasta w epoce edwardiańskiej – apogeum Imperium, serdecznie go nie znosi. Dlaczego? Z tego samego powodu, co Rzymu. Nie znosi koncepcji Brzemienia białego człowieka, tej idei, której celem jest przeobrażenie całego świata na modłę europejską. Widzi w Imperium Brytyjskim wielka siłę, niszczącą kultury lokalne, lokalne języki i tradycje, zastępującą bogactwo wielości, kulturowym i językowym ubóstwem jedności. Tego samego się boi w przypadku USA i ZSRR. Nie znosi komunizmu przede wszystkim jako wielkiej siły niszczącej tradycje, niszczącej odrębności, sprowadzającej wszystko do nijakiej jednolitości. Najbardziej przerażają go szczekaczki głoszące chwałę Stalina nawet Jakutom w ich jurtach. Nie lepsze dla niego są Stany Zjednoczone. Przecież nie dlatego, że widzi USA jako wielkie totalitarne imperium o zakrwawionych rekach. Nie zarzuca im masowych mordów, nie oskarża o brak szacunku dla praw jednostki, o nadmierny liberalizm, czy inne –izmy. Jak się wydaje boi się ich kulturowej hegemonii, która może doprowadzić do upadku wielu lokalnych kultur. Boi się zalewu masowej kultury i w efekcie zanikania różnorodności.
Bo Tolkien jest piewcą różnorodności. Jego świat to pochwala różnorodności i szacunku dla niej, właśnie szacunku a nie tolerancji. To świat małych ojczyzn.
Pozornie Pinkerton ma podobne poglądy. Pisze o poszanowaniu indywidualnych wolności i różnorodności. Sprzeciwia się liberalnej wizji światowego uniwersalizmu, odrzuca fukujamowski koniec historii Pisze o „Strategii Shire’u” jako prawie do obrony, naszych praw tradycji i naszego stylu życia. Tylko co przypomina jego Shire – to tak naprawdę wielki bojowy tabor, z wystawionymi lufami hakownic i armat, najeżony gizarmami i halabardami. I nie przypadkiem to skojarzenie z husyckim taborem. Bo ideologia neo-konserwatywna, w wydaniu amerykańskich fundamentalistów chrześcijańskich, wywodzi się z ideologii purytańskiej, z jej ksenofobicznym lękiem przed innymi i wszystko jedno czy byli to pozbawieni duszy Indianie, barbarzyńscy i niemoralni murzyni, zaprzedani diabłu papiści, czy nadmiernie liberalni anglikanie.
Dlatego pewnie Pinkerton nie rozumie, że w bojowym taborze, nawet przy najlepszych chęciach, nawet nastawionym tylko na obronę, nie ma miejsca na różnorodność. Hobbici nie będą mieli wyjścia, będą musieli czyścić broń dużych ludzi, opatrywać rannych i gotować posiłki. Bo w obronnym obozie każdy ma swoja funkcje do wypełnienia, nie ma miejsca na indywidualizm, własne zdanie, wątpliwości, dyskusję, czyli różnorodność.
Dlatego pinkertonowska „Strategia Shire”, nie ma nic wspólnego z tolkienowskim Shire, oczywiście poza nazwą.
Podobnie autor dobrze rozumie czym jest Narada u Elronda, którą to koncepcję prezentuje jako projekt organizacji obrony Zachodu. Wizja wolnych ludów zasiadających do wspólnej narady, gdzie każdy ma swoje zdanie i może wygłosić swoja opinię i nawet, jeżeli zostanie złajany jak biedny Boromir, to nikt nie zakłada złej woli. Zrozumienie choć nie harmonia. To, bez przekąsu, piękna wizja. Tylko co z tym wspólnego ma pomysł Pinkertona. Abstrahuję od tego, czy ściąganie pomysłów z literatury ma sens w codziennym życiu, zawsze w końcu, można to potraktować jako przenośnię i tak chyba jest. Bo jeżeli pinkertonowskie Shire ma być, a tak to wynika z jego tekstu, warownym obozem, to Narada u Elronda, zaczyna pachnieć Sztabem Generalnym, ale to może tylko moje uprzedzenia.
Świat różnorodności wedle Pinkertona, to świat wielu warownych obozów, które patrzą na siebie podejrzliwie. Każdy zachowuje odrębność i tożsamość, ale jednocześnie wewnątrz utrzymuje żelazną dyscyplinę. Podejrzliwie patrzy na wzajemne kontakty. Czy o taka różnorodność chodziło Tolkienowi? Śmiem wątpić, ale każdy ma prawo do własnej opinii.
O Fobii wyższości:
Pinkerton często odwołuje się do Tolkiena, powołuje się na konkretne przykłady, ale Tolkien to tutaj tylko narzędzie, dodatkowy element argumentacji, skierowany do mniej wyrobionych erudycyjnie czytelników. Autor nie analizuje dzieła Tolkiena, nie analizuje jego poglądów politycznych, wizji świata, którą Tolkien przekazuje w swoich dziełach. Bo nie o to chodzi, bo mogłoby się jeszcze okazać, że wizja Shire’u jest równie bliska, swojemu twórcy, konserwatyście(?) Tolkienowi, jak i socjaliście Morrisowi. Bo mogłoby się okazać, że fabiański, czy nawet morrisowski socjalizm był bliższy wiktoriańskiemu konserwatyzmowi, niż współczesnemu neo-konserwatyzmowi.
Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Tolkien to tylko pomoc, to chwyt retoryczny, który ma dotrzeć, do pewnej części publiczności. Ten tekst jest bowiem neo-konserwatywną analizą sytuacji międzynarodowej, w duchu chrześcijańskiego, protestanckiego fundamentalizmu. Tolkien dostarcza tylko wygodnych przykładów, podanych w odpowiedniej interpretacji.
Nie kwestionuję, że w jakiejś mierze analiza problemów współczesnego świata jest słuszna. Problemy imigracji, asymilacji, ekspansji islamu, poprawności politycznej, poprawności kulturowej, hegemonia ultra-liberalnego spojrzenia na rzeczywistość to fakty. Tak jak faktem jest islamski fundamentalizm i terroryzm, czy nienawiść wielu muzułmanów do Zachodu. Problem nie leży w spojrzeniu na rzeczywistość, tylko w braku próby jej zrozumieniu. Już nie będę się pastwił nad stwierdzeniami w stylu eksterminacji greko-rzymskiej tradycji.
Cały wydźwięk tego tekstu to mieszanka fobii, braku zrozumienia i poczucia wyższości. A to prowadzi do braku refleksji, nad tym – dlaczego? Przecież to nie jest tak, ze wrogość i nienawiść jest inherentnie wpleciona w relacje świata islamu i chrześcijaństwa. Już nawet nie chodzi o to, że Koran nakazuje traktowanie chrześcijan z szacunkiem, jako Ludu Księgi, że nie nakazuje nawracania ich na islam, ba zakazuje przymusowego nawracania, bo ich droga też prowadzi do Boga. Chodzi o historyczne fakty.
Nie chodzi o idealizacje stosunków. Bo wojny i konflikty są faktem i rzeczywiście Konstantynopol w 651 roku i Poitiers w 732 roku wyznaczają daty, kiedy islam przestaje zagrażać Europie, w sensie jej całkowitego podboju. Dalej wojen i konfliktów będzie wiele, ale przecie będzie i współpraca, i zrozumienie. Będą chrześcijańscy uczeni studiujący w islamskich szkołach Toledo, islamscy murarze wznoszący chrześcijańskie katedry, będzie Cyd służący władcom muzułmańskim i zostający chrześcijańskim królem muzułmańskiego królestwa Walencji. Będzie al-Idrisi w służbie króla Rogera II i muzułmańscy żołnierze Fryderyka II Hohenstaufa, będzie wreszcie Saladyn, synonim szlachetnego i rycerskiego przeciwnika.
Będzie więc wojna, handel, wymiana intelektualna (przez znaczny czas jednostronna), sojusze i konflikty. Normalna polityka, w której religia bywała używana, ale nie przeszkadzała w koegzystencji. U źródeł europejskiego Renesansu znajdziemy nie tylko Dantego, Petrarkę, nie tylko legion zapomnianych w większości, greckich mnichów i uczonych, ale także Awicennę i Awerroesa, czy wspomnianego wyżej al-Idrisiego. Powiedzmy wprost nie byłoby tomizmu, gdyby nie tłumaczenia traktatów Arystotelesa z arabskiego. Ale tego nasz autor nie widzi. Nie widzi, bo nie wie, lub nie chce wiedzieć.
Autor wylicza obrońców chrześcijaństwa, i już machnę ręka na francuskość Karola Młota, ale ubawił mnie Jan III Sobieski. Nie dlatego, ze Wiedeń nie był faktem, tylko właśnie to polskie antemurale najlepiej charakteryzuje wzajemne relacje dwóch światow, odrębnych, a bliskich sobie zarazem. Bo oto na walach chrześcijańskiego przedmurza stają żołnierze w orientalnych strojach, ramię w ramię katolicy, protestanci, prawosławni, unici i …, no właśnie muzułmanie. Bo wielkość Rzeczypospolitej polegała na odrzuceniu zasady cuius regio eius religio, podstawą stosunków był szacunek. I znowu nie chodzi o idealizację, tylko o przykład polskich i litewskich Tatarów, którzy pozostając wierni swej religii, zazwyczaj pozostawali wierni swej chrześcijańskiej ojczyźnie. A nawet kiedy zdradzą, to po pewnym czasie większość z nich powróci do Rzeczypospolitej wyżej sobie ceniąc jej wolność, niż despotyczne panowanie muzułmańskiego władcy.
Bo problem się pojawił, gdy pojawiło się poczucie wyższości i arogancja zdobywcy. Pojawił się wraz z rewolucją oświeceniową, z rewolucją przemysłową, intelektualną i tak zwanym protestanckim odrodzeniem. Kiedy czytam Pinkertona, to tak jakbym czytał Wilberforce’a czy Wakefielda, ta sama arogancja i przekonanie o własnej wyższości, ten sam brak szacunku i nawet próby zrozumienia drugiej strony, i tylko jedna różnica, tamci i ich współcześni szli w świat z kagańcem oświaty i Brzemieniem białego człowieka wypisanym na sztandarach. Ten płacze, że islam nienawidzi Zachodu i boi się go, więc jak w obozie pod Omdurmanem proponuje wystawić szybkostrzelne armaty i karabiny maszynowe. Nie, nie proponuje agresji, nie proponuje wojny prewencyjnej, ale każdy kto zagrozi zbrojnemu taborowi zginie w ogniu nowoczesnej broni. Najpierw strzelać potem pytać. A rację mamy my. Dlaczego? Bo tamci są źli i prymitywni. Dlaczego? Bo przecież my jesteśmy dobrzy. Dlaczego? Bo tak.
Tamci byli ofensywni, z powtarzalnym karabinem, na pokładzie kanonierki płynęli by podbić świat i przekształcić go na swoja modlę. Nie chcieli go zrozumieć. A po co? Oni dzieci wielki miast, wsparte potęga nowoczesnego przemysłu, nieograniczonym bogactwem i przeświadczeniem o przyrodzonej wyższości, nie mieli ochoty się uczyć, bo i po co. To oni szli nauczać, jak było trzeba przemocą, w końcu dziecko nie wie co dla niego dobre.
Ten jest przerażony, ale nie mniej przekonany o swojej wyższości. I w imię tej wyższości chce się zamknąć w zbrojnym taborze i gotów jest zniszczyć każdego, kto zagrozi, nie zadając sobie pytania – dlaczego? Bo niestety my ludzie zachodu, niezależnie od naszych poglądów, jesteśmy pełni pychy i przekonania, żeśmy koroną ludzkości. I gwoli sprawiedliwości neo-konserwatyści i tak w mniejszym stopniu niż liberałowie i lewica, przekonani, że tylko oni są depozytariuszami jedynej słusznej prawdy o otwartym laicko-liberalno-lewicowym społeczeństwie.
Niestety smutna prawda jest taka, że sami wyhodowaliśmy sobie tą nienawiść. Zapracowaliśmy na nią przez ostatnie dwieście lat, długo i solidnie. Zapracowaliśmy arogancją, przekonaniem o wyższości, niechęcią do zrozumienia, podbojem i dominacją.
I jak najdalszy jestem od widzenia w kolonializmie jedynie złych skutków, jedynie złych cech, ale kto lepiej niż my, Polacy wie, że lepszy najgorszy rząd, ale własny, niż najlepszy, ale obcy. Czy na prawdę dziwi nas nienawiść Czeczenów do Rosjan, czy dziwi nas nienawiść Palestyńczyków do Żydów, czy to takie zaskakujące i niezrozumiale. Nas też nazywano terrorystami, Irokezami i zakała słowiańszczyzny.
Niestety dla pana Pinkertona jest to zaskakujące i niezrozumiałe, co więcej do dowód dzikości i barbarzyństwa świata islamu. Bo w końcu to my jesteśmy cywilizowani, a nie oni. Widać lepiej wygłaszać slogany zabarwione fobią, arogancją i poczuciem wyższości, niż zadać sobie najważniejsze z pytań – dlaczego?
Zamiast zakończenia
Kogoś może zaskoczyć, ale wbrew pozorom podzielam wiele z obaw Pinkertona wierzę, że Zachód stoi na rozdrożu. Musimy wybrać drogę, musimy znaleźć rozwiązanie problemu imigrantów, ale nie sądzę by jego pomysł był najlepszy. Moim zdaniem to droga do konfrontacji. Sam wyznaję zasadę, że imigrant przybywając do kraju emigracji powinien szanować jego prawa i prawa gospodarzy. Ale to nie warowny obóz jest odpowiedzią, tylko dialog, porozumienie, poznanie i pomoc gospodarcza. W końcu większość emigrantów nie przybywa do nas by nas podbijać i zmieniać, tylko by lepiej żyć.
Nie popełnijmy błędu zabójców Stylichona, byśmy nie zarazili do siebie tych, którzy chcą być lojalnymi obywatelami europejskich krajów, a Ci stanowią większość jak na razie.
I nie mieszajmy Tolkiena do wojny cywilizacji, bo on nigdy nie był piewcą takiej wizji świata.
Kategorie wpisu: Felietony tolkienowskie
25 Komentarzy do wpisu "Tolkien wielokrotnego wykorzystania"
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 0:27
Pozwoliłem sobie dodać do Twojego tekstu, M.L., kursywę, poprawić pewne terminy (np. niem. “Heimat” – idea ta jest mi, Ślązakowi, bardzo bliska. My godömy, że Ślönsk to nasz “hajmat”
). Gdybyś chciał dołączyć do tekstu jakąś grafikę, to tylko daj mi znać jaką – chętnie Ci pomogę. Bardzo Ci dziękuję za tę polemikę. Cieszę się, że to napisałeś, bo w ten sposób łatwiej mi zrozumieć Twoje argumenty i obawy.
Mam inny stosunek niż Ty do religii islamu. Przebrnąłem w ostatnim roku przez Koran i mam mniej optymistyczną wizję tej – moim zdaniem – wymyślonej przez ograniczonego człowieka religii. Uważam, że w jej jądrze drzemie potencjał zniszczenia, który to tu, to tam ujawnia się z całą okrutną mocą. A żaden Awicenna, Awerroes, czy al-Idrisi mi nie imponują, bo na ich miejscu byliby chrześcijańscy uczeni, gdyby muzułmanie nie odebrali Christianitas Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej (czy ktoś nas kiedyś przepraszał za zniszczenie tamtejszych fragmentów cywilizacji chrześcijańskiej jak my przepraszamy co chwila za wyprawy krzyżowe?). Mnie w ocenie zagrożeń cywilizacji islamu bliżej do Oriany Fallaci – ale jak mógłbyś powiedzieć: to mój problem
Jak zauważyłeś, Tolkien bywa często traktowany przedmiotowo. (Neo-)konserwatyści nie wiodą w tym procederze prymu. Mnie za to marzy się naprawdę dogłębna analiza poglądów politycznych Tolkiena. Byłże on torysem czy nie (wiem z jakiegoś tekstu, że ojciec Francis Morgan był zwolennikiem torysów). A może – jak twierdzi Shippey – głosowałby on dziś na Zielonych (szczerze w to wątpię). Ciekawe na kogo Tolkien oddawał w wyborach swoje dwa głosy (jako profesor miał o ile wiem możliwość podwójnego głosowania – w lokalnym okręgu wyborczym zamieszkania i w okręgu wyborczym uczelni).
Z większością Twojego tekstu jednak się zgadzam i miło mi się go czytało. Dziękuję.
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 0:39
“A żaden Awicenna, Awerroes, czy al-Idrisi mi nie imponują, bo na ich miejscu byliby chrześcijańscy uczeni, ”
Byc może. Ale nie mowimy o tym co by było, tylko o tym co było. NIezaleznie czy szanujesz naukę arabską, czy nie, to ona jest jednym ze źródeł europejskiego Odrodzenia. To dzięki nim poznaliśmy na nowo Arystotelasa, co zaowocowalo narodzinami Tomizmu. To nie kwestia imponowania, to kwestia faktów i rzeczywistosci.
Pozdrawiam
M.L.
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 0:52
Faktem i oczywistością jest, że muzułmanie zniszczyli chrześcijańską Afrykę Północną, a potem w Azji Mniejszej wspaniałe kulturowo Bizancjum. To, że zaistnieli Awicenna, Awerroes czy Al-Idrisi to nie zasługa islamu ale oddźwięk tego, co okupant przejął, złupił i przyjął za swoje.
Tornene, dnia 07.12.2007 o godzinie 1:41
Pozwolę sobie zgodzić się z autorem felietonu w jednym fundamentalnym punckie – Zbyt wielu uznaje słowa Tolkiena za idealną odskocznię do swoich własnych tez. Czasem zadziwia nas sam fakt cholernie (sic!) szerokiego spektrum odbiorców ideologii Tolkiena… odbiorców utylitarnych. Gdyby ich tak postawić obok siebie (o jeju, nie zjadajcie zwierzątek ze skrajnym patriotą, komunistę z prawicowcem, geja z wyznawcą naturalnego porządku rzeczy, wielbiciela Chucka Mangione z ultrablack-folkmetalowcem) to wybijaliby się jak dzikie zwierzęta…
Dlaczego?
No właśnie. Traktujemy Tolkiena pragmatycznie – ON. PROFESOR. GURU. Powiedział…
Dlaczego?
Może nie jestem tolkienistą z prawdziwego zdarzenia i nie przeczytałem wielu z jego dzieł, ale Władca Pierścieni nauczył mnie wiary w obliczu klęski. Silmarillion był bazą w zabawie z historią. Niedokończone opowieści uświadomiły mi moją ignorancję (o IV tomie HoME pa russki nie wspomnę
) w dziedzinie ogromu geniuszu twórczego starego dziadka Tolkiena. Krótkie opowiadania jak grom z jasnego nieba wykrzyczały wprost w ucho świadomości: “Ten człowiek miał tak szalony dystans do siebie, że dziś ze świecą takich szukać!”. Może to wydać się samobójczym posunięciem, ale Karol Wojtyła też śmiał się z papieża JPII na pomniku.
Dlaczego?
Bo według mojej skromnej wiedzy i zboczonych spekulacji J.R.R.T. był po prostu człowiekiem z jasno zarysowaną ideologią. Za to należy mu się uznanie i, jak to się mówi na moim podwórku: “Danie po hamplach”. Kiedy wyobrażam sobie dziadka Tolkiena, to widzę dorosłego Jasia, takiego, jakim nakreśliłem go niezdarnie w konkursowym “Jasiu”. To mi się podoba w dorosłym, lub jak wolicie, dojrzałym Tolkienie, że przemyślał wiele spraw. Dla mnie wyciąganie jego imienia w sprawie marnotrawienia mąki w produkcji bułek z supermarketu jest żałosne.
Dlaczego?
Bo każdy z nas ma swoją ideologię. Kto jej nie ma – krzyż mu na drogę i inne uprzejmości. Mój Tolkien to martwy człowiek z poglądami z martwej epoki. Wyciąganie go z grobu uważam za… ujmijmy to grzecznie… skrajną nieuprzejmość…
Dlaczego?
Bo, do ciężkiej cholery!, dziadek nie może zaprzeczać, wyrzekać się, ani korygować swoich rzekomych torebek herbacianych w spiżarni Bagginsa na gruncie postkolonialnej interpretacji dzieł literackich.
Podoba mi się idea małych ojczyzn u Tolkiena, bo Kaszuby, Śląsk, Matka, Ojciec i Rodzeństwo urastają tu do miary Sensu, dla którego oddać można ZE SPOKOJNYM SUMIENIEM życie. Nie ukrywam, że jest mi to ideologicznie bliskie.
Choć dość ostro skomentowałeś, Mumakilu, konserwatyzm (niekoniecznie chrześcijański) Stanów Zjednoczonych Ameryki, to trudno nie zauważyć napięć między poszczególnymi rasami, wyznaniami, ideami w tym kraju. Wszystko z pozoru jest kolorowe i plastikowe, choć kipi od środka jak sowiecki samowar
Jak małe iskierki przeskakują zatrzymania afroamerykanów w ekskluzywnych autach, brak comprendo angielskiego w niektórych stanach, obawy “czarnych” przed dominacją “vanilla-skins” w białych rękawiczkach. Dlatego właśnie trzymam Tolkiena z dala od tego zamieszania, jak trzymają go na półkach jankescy księgarze .
O kwestii religii się nie wypowiadam. Nie chcę, nie czuję się kompetentny i nie czuję potrzeby.
Pozdrawiam.
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 1:42
Szkoda, że powtarzasz stereotypy bazujące na półprawdach. Niestety, nie tędy droga, w ten sposob niczego nie zrozumiesz. Ale cóż, twój wybór.
Pozdrawiam
M.L.
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 1:49
Słowa M.L. były raczej do mnie niż do Tornene. Uwielbiam, gdy M.L. tonem belfra mówi “w ten sposób niczego nie zrozumiesz. Ale cóż, twój wybór”. M.L., czy Ty naprawdę nie widzisz śmieszności takiej sytuacji? Otóż wyobraź sobie, że nie zależy mi na Twoich pouczeniach wyrażanych z udawaną troską ex cathedra. Sorki, ale thanks! Ty też byś tego nie lubił, ale masz to szczęście, że nie natrafiłeś jeszcze na swojego “M.L.-a”. Nie wiem po co to było. Popsuło fajną atmosferę w każdym razie…
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 1:50
Tornene, to bylo do Gala. Czy ostro piętnuje, może? Żeby bylo śmieszniej, gdyby glosował w USA, to pewnie z reguły glosowałbym na Republikanow. Co nie zmienia faktu, ze Jerzego Krzakł Młodszego uważam za kretyna, a neo-Konserwatystow za hipokrytow. Dzioadkowie tych ludzi, krzyczeli że zrownanie w prawach murzynow to tragedia, ich wnuki wynosza na piedestal Condolezzę Rice.
Czy sa w USA problemy? Tak i to wiele! Tylko nie wiem, czy neo-konserwatywna propozycja, jest metoda na ich rozwiązanie. Zwlaszcza, zę linie podziałow nie sa proste i jasne. Obok afro-amerykańskich lumpow, masz średnia klasę, z ktorej wywodza się Colin Powell i Condolezza Rice, i to wcale nie taka mala grupa. Wśrod latynowsow masz Kubańczykow, ktorzy sa bardziej amerykńscy i bardziej republikańscy niż wielu neo-konserwatystow. I choćby dlatego proste rozwiązania, nie sa wcale proste.
Ale dośc tego, na prawdę wole pogadac o Tolkienie.
Pozdrawiam
M.L.
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 1:55
Szkoda, że Ci nie zależy Galadhornie, może byś czegoś się nauczył. Problem w tym, że tego trzeba chcieć. I masz rację mówię z pozycji belfra, ale szczerze i bez ogrodek, na polu historii jestem belfrem, więc chyba nie jest to dziwne.
Pozdrawiam
M.L.
Tornene, dnia 07.12.2007 o godzinie 1:57
No to ja już Panom nie przeszkadzam ;> Nie trzeba mnie już przeskakiwać ;> Zmykam powoli spać… Albo nie, przeczytam sobie jeszcze fragment, w którym Theoden podejmuje decyzję o wyruszeniu na pomoc Gondorowi, choć sam pomocy nie otrzymał…
))
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 9:02
Rozumiem, że autorytetem historyka moje zdania:
“Faktem i oczywistością jest, że muzułmanie zniszczyli chrześcijańską Afrykę Północną, a potem w Azji Mniejszej wspaniałe kulturowo Bizancjum. To, że zaistnieli Awicenna, Awerroes czy Al-Idrisi to nie zasługa islamu ale oddźwięk tego, co okupant przejął, złupił i przyjął za swoje”.
… oceniasz jako stereotyp bazujący na półprawdach? A zatem panie belfrze, co tu jest stereotypem, a co półprawdą? W Afryce Północnej i w Azji Mniejszej chrześcijaństwo było zakorzenione od samych swoich początków. Z obszarów tych wywodzili się też w czasach chrześcijańskich ludzie równie ważni dla naszej kultury, co wspomniani przez Ciebie uczeni muzułmańscy. Dodam też, że choćby z Afryki północnej pochodził nie tylko św. Augustyn, ale też idea monastycyzmu (który potem ratował dziedzictwo Rzymu i Grecji w scriptoriach swoich europejskich klasztorów) czy żarliwy kult maryjny (najstarsza z używanych dziś modlitw maryjnych – “Pod Twoją obronę” powstała w Afryce Północnej) obok setek innych istotnych dla naszej kultury rzeczy. Jak islam znalazł się na terenach dawnego Imperium Rzymskiego? Jak powstała sytuacja, że dzieła Arystotelesa przyjęliśmy w Średniowieczu w języku arabskim, a nie po grecku? Może powiesz, że tamtejsi chrześcijanie dostali oświecenia i przeszli sobie dobrowolnie na islam?
A może zanegujesz fakt, że Koran w jednych miejscach każe, a w innych nie każe zabijać żydów i chrześcijan? Może umiesz wskazać w nim fragmenty, które ich Allaha nazywają Bogiem Miłości, które nakazują oddać życie za nieprzyjaciela itd.?
Gdzie są te moje półprawdy? Bo piszesz tak, jakby historycy tamtych okresów (a Ty nie jesteś specjalistą w tej akurat dziedzinie, prawda?) mieli jedną, kanoniczną interpretację tego, jak należy oceniać postępy islamu od VII w.
Nikt nie chce negować Twojej historycznej erudycji, wielkiej wiedzy i naukowych dokonań. Ale chyba w duchu polemicznym się zagalopowałeś. Historia to nie matematyka i istnieje wielka paleta interpretacji poszczególnych zdarzeń historycznych. Ja reprezentuje takie, które idą może pod prąd, bo nigdy nie lubię śpiewać w chórze “politycznej poprawności” – nie twierdzę też, że tylko takie podejście jest poprawne. Może się mylę, ale chyba nie Tobie jest to rozsądzać. Nie jesteś fandomowym “magister elegantiarum”, który będzie nam mówić, co poprawne, a co niepoprawne
Wybacz, ale nie…
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 10:40
Galadhornie, zacznijmy od końca, argument o chórze politycznej poprawności, to bardzo zgrabny slogan, tylko nie wiem czy Runciman, Zientara, Manteuffel, zasłużyli sobie na taka ocenę z Twoich ust. A piszę o nich, bo choc sie bardzo różnili w opiniach, to nikt z nich nie pisal z taka pogarda i poczuciem wyższości o świecie islamu jak ty.
Bo nie chodzi tutaj o lubienie, czy nie lubienie, tylko o trzymanie się faktów. Artykuł Pinkertona i jego tezy wyrastają z właśnie takiego podejścia jak reprezentujesz. Nie warto rozumieć, nie warto pytać, nie warto się zastanawiać, bo przecież i tak wiemy lepiej.
Dlaczego pisałem o półprawdach. Bo oczywiste jest, że ziemie o których mówisz były częścia chrystianitas. Faktem jest, ze zostały podbite przez Arabów, to prawda. Tak jak i to, że monofizycka ludność Egiptu, że Syryjczycy witali Arabów częstokroć z otwartymi rękami, mając dosyć bizatyńskiego panowania, bizatyńskiej biurokracji. Tak jak faktem jest tez to, ze arabski podbój nie od razu oznaczał islamizację. Ta wbrew pozorom była w Egipcie, Syrii bardzo powolna. Nikt nie twierdzi, ze nie dochodziło do ekscesów, ale to niestety nie była norma, zwłaszcza odkąd ugruntowała się władza Umajjadów.
Faktem jest turecki podbój Azji Mniejszej a w końcu rok 1453. Tyle, że wcześniej był 1204. Przykre to, ale to łacinnicy przetrącili kręgosłup Bizancjum. Bez 1204 pewnie by nie było 1453.
Zachodnia Europam nie straciła wiedzy o Arystotelesie przez Arabow, tylko przez Franków, czy Longobardów. A odzyskała dzięki Arabom, choć w Bizancjum o nim pamiętano, ale łatwiej było przywrócić tą wiedzę dzięki Al-Andalus i Sycylii niż dzięki Bizancjum.
Arabowie nie byli tylko bezmyślnymi kopistami, ale twórczo rozwineli nauki Platona i Arystotelesa.
I nie chodzi o to by kochać islam, tylko o szacunek dla osiągnięć ludzi, dla prawdy, iż odrodzenia zachodu przyszło także od świata islamu.
I tyle mam do powiedzenia w tej kwestii. Nastepny wpis będzie dotyczył Tolkiena.
Pozdrawiam
M.L.
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 11:01
Chyba mnie nie lubisz, skoro piszesz do mnie “ty”, a nie “Ty”. A zawsze tak Ci zależy na grzecznościowych formach. Nie lubię doradzać, ale choć poproszę: jeżeli zależy Ci na dobrej dyskusji, nigdy nie traktuj rozmówcy z góry.
Ja sam uważam islam za _fałszywą religię_, a do tego niebezpieczną dla chrześcijan – i nic tego nie zmieni…
Polecam naszym czytelnikom lekturę książki Grzegorza Kucharczyka (doc. dr hab., kierownik Pracownik Historii Niemiec i Stosunków Polsko-Niemieckich IH PAN w Poznaniu, profesor Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. Współautor serii podręczników do historii do gimnazjum) pt. “Pod rządami półksiężyca” (Seria “Historia nieznana”, dołączona do jednego z numerów “Christianitas”) oraz np. artykuł ks. Richarda J. Neuhausa pt. “Na progu wieku religii” w “First Things. Edycja Polska” nr 3. Największe wrażenie zrobił na mnie ten ostatni tekst. Ks. Neuhaus cytuje tam książkę Bat Ye’or (żydowskiej uczonej z Egiptu, która obecnie mieszka we Francji) pt. “The Decline of Eastern Christianity Under Islam: From Jihad to Dhimmitude”. Wnioski z jej ustaleń są takie: islam nie był niezbędny, żeby Europa przechowała swoje dziedzictwo. Wręcz odwrotnie – przedislamski Wschód i Południe mogłyby wydać jeszcze więcej owoców, gdyby nie zdławił ich islam.
TAO, dnia 07.12.2007 o godzinie 11:52
Tylko jedna sprawa: Tornene niesłusznie nazywa odczytywanie Tolkiena przez pryzmat własnych poglądów i posługiwanie się jego dziełami dla ich rozwinięcia i uzasadnienia “traktowaniem pragmatycznym”. Celniejsze byłoby określenie “instrumentalny”, ale to też nie tak.
To nie jest tak, że książka czyta się sama. Czyta ją ty, ja, on. Czytamy w określonym języku, w określonym wieku, mając określone doświadczenia życiowe, przekonania religijne, moralne, filozoficzne i polityczne. I wszystko to wpływa na to, jak odbieramy czytaną książkę. Każdą książkę, nie tylko Tolkiena.
Inaczej odbiera “Władcę Pierścieni” (czytając po raz pierwszy) dojrzały mężczyzna, który brał udział w wojnie i ma dorosłe dzieci, inaczej gimnazjalista, którego jedynym doświadczeniem jest niezakłócony pokój. Inaczej Anglik, głęboko znający swój język i swą kulturę, inaczej Rosjanin, czytający tłumaczenie, w którym setki odniesień językowo-kulturalnych zostały zatarte. Inaczej arywistyczny optymista, inaczej pesymistyczny melancholik. Inaczej katolik, inaczej purytanin, inaczej buddysta (swoją drogą – jeśli ktokolwiek zna jakiś tekst na temat recepcji Tolkiena w Iranie, Tajlandii, Japonii, Chinach, Indonezji – oczywiście nie w lokalnych językach, bo nimi nie władam – proszę o informację). Wreszcie – wracając do naszego tematu – inaczej konserwatysta, inaczej neoliberał, inaczej komunista.
W dziełach wielkiej literatury jest coś takiego, że przemawiają one do czytelników bez względu na te różnice. Być może jest to jeden z wyróżników wielkiej literatury. I przemawia na różne sposoby, różnym ludziom w różnych sytuacjach ma do zaoferowania różne treści. A niekiedy (u niektórych) budzi pragnienie “zastosowania” jej w życiu. “Władca Pierścieni” nie jest tu wyjątkiem, choć kunszt autora, temat dzieła oraz jego fantastyczne powodzenie sprawiły, że częściej, niż inne dzieła literackie staje się punktem odniesienia dla argumentacji ideologiczno-politycznych.
To, że ludzie, zdecydowanie, a nawet fanatycznie przekonanych do jakiejś idei, a jednocześnie porwani przez “Władcę Pierścieni”, są przekonani, że to dzieło, nie mające przecież wyraźnej, wyłożonej wprost “wykładni” ideologicznej, odpowiada tej idei, jest więc naturalne. Podobnie to, że odwołują się oni do tego dzieła w głoszeniu tych poglądów (to drugie można nazwać “instrumentalnym” tylko wtedy, gdy jest dokonywane w złej wierze, tj. nie ze szczerego przekonania). Inna rzecz, to ocena jakości takiego przedsięwzięcia, każdego z osobna.
dagobert, dnia 07.12.2007 o godzinie 15:20
TAO faktycznie opisuje jak się może przedstawiać pogląd na kwestię interpretacji, rozumienia , znaczenia każdego obiektu kulturowego, tekstu (czy innego zjawiska konstytuowanego przez język) w szczególności.
radziłbym testy socjologiczno-estetyczne jako metodę odkrywania zbieżności (mozliwego) przesłania dzieła z historycznie już funkcjonującym światopoglądem (religijnym czy nie). Na nieświadomych autora ludziach
Niemniej mamy coś takiego jak intuicję “obiektywnego znaczenia” taką ideę regulatywną. Niby się mówi o pluralizmie(Eco), anarchzmie, hedonizmie czy nawet nihilizmie interpretacyjnym ale każdy czuje, że są lepiej i gorzej uzasadnione interpretacje i, że różnica między ludożercą a wegetarianinem to nie tylko kwestia smaku (Kołakowski).
Stąd jesteśmy na ten spór skazani, bo nie możemy zakładać złej woli kogoś, kto mocno i dobrze argumentuje.
Pozostaje tylko kwestia funkcji w jakiej chcemy mieć autora i dzieło. Czy jest to funkcja poznawcza (w sensie humanistycznym-właściwego rozmumienia) czy praktyczna (normatywna, ideologiczna, argumentacyjna). Granica nie jest wyraźna podobnie jak przy faktach i ocenach, ale jasne, że określenie celu zewnętrznego (perswazyjnego, ideologicznego etc.) przed podjęciem interpretacji wydaje się odpowiednio ustawiać rozumienie (instrumentalne i czesto selektywne). Dlatego w mojej ocenie trzeba wchodzić w interpretację możliwie na czysto. Cennym wskaźnikiem jest tu zdolność interpretatora do ewolucji i zmiany poglądów w trakcie lektury i w ogóle całęj drogi po hermeneutycznej spilrali, do ustępstw, do wyrzekania się deklaracji typu ja wiem i zdania na pewno nie zmienię, i nic tego nie zmieni. Ten kto tylko szuka potwierdzenia zazwyczaj je znajduje.
Dlatego też najcenniejszymi z punktu widzenia światopoglądowego wielbicielami Tolkiena są w mojej ocenie ci, którzy go pokochali nie mając pojęcia o jego światopoglądzie, w ogóle o jego osobie, poza tym co stworzył (i tu światłem przewodnim jest to co wydał-chciał na pewno by przeczytano). Ja zawsze w tym kontekście (jak Kartaginę) przywołuję Flower Generation i ich akceptację czystego przekazu, tego sławnego miodu ex natura nie z wychowania czy strachu przed pszczelarzem i rojem pszczółek.
Dyskursywnie będziemy się spierać a empirycznie
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 15:27
Dagobercie, Ty żartujesz pisząc TAKIM językiem, prawda? Jeżeli nie daj Bóg nie jest to żart, to zachęcam Cię do używania języka łatwiejszego do zrozumienia dla typowego Polaka. Będziesz miał większy oddźwięk wśród czytelników Twoich komentarzy.
dagobert, dnia 07.12.2007 o godzinie 15:33
to pewnie przez ten cholerny czas egzaminacyjno-magisterkowy który mi załadował do głowy sporo teorii i jestem z niej bardzo dumny, bo akurat się przydaje, czego się nie spodziewałem! A nie szukam taniego odźwięku
tylko prawdy ! Amicus Tolkien sed magis amica veritas
i rezerwuję to !
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 15:56
Sztuką jest mówić prawdę mądrze i zrozumiale.
Tornene, dnia 07.12.2007 o godzinie 16:11
Zgadzam się z Panem, Panie Tadeuszu co do pryzmatu postrzegania – indywidualnego dla każdej jednostki, nawet abstrahując od jej pozycji społecznej, wieku i, nazwijmy to, każdej innej grupy zaszeregowania.
Mówiłem o pragmatyzmie i utylitaryzmie w innym kontekście, zapewne niezbyt jasno. Miałem na myśli nie odczytywanie dzieła na różne sposoby dla korzyści estetycznej czy poznawczej, ale posługiwanie się Tolkienem jak wytrychem w dyskusji wielu rodzajów. Myślałem o wpływaniu na ocenę innych przy pomocy odniesień do owego pisarza. Narzucaniu swoich racji przy pomocy interpretowania racji Tolkiena. Nie ważne, czy chodzi o pacyfistów, prawicowców, czy klub puszystych
Nie analizuje się wtedy tego, co mówił Tolkien, ale jak to się ma do sytuacji, którą poddano omówieniu. Tu widzę ów niezdrowy pragmatyzm i utylitaryzm.
Tallis Keeton, dnia 07.12.2007 o godzinie 17:19
Widzę to jak Tornene, następuje jakies – z wielu ideowych obozów – traktowanie Tolkiena jako wytrycha na zasadzie, że jak Tolkien cos uwazał o czyms to ty tolkienisto powinienes uważac to samo, oraz mieszania go z politycznym szlamem. Co to jest polityczny szlam? To jest ta część polityki – obawiam się, że większa – która nie służy rozwiązywaniu problemów i podziałów, ale tworzeniu nowych problemów i podziałów a przy okazji, albo dzięki temu zdobywaniu dominacji lub przewagi. To jest istota ideologii politycznych. Opartych na wyobrażonym ideale a nie na faktach. Co do wyobrażonego ideału nie pasuje to się przykroi, by do obrazka pasowało. Wielokrotnie już wspominano, że życie nie jest zerojedynkowe a właśnie imo ideologie polityczne najbardziej traktują życie w ten sposób, jako coś zerojedynkowego. Mogę dodać, że dla mnie ta zerojedynkowość to samo co czarne-białe – a takie coś, jak rozgraniczenie wszystkiego na czarne i białe ma sens w baśniach jedynie. Bo baśnie służą nam do wyznaczania ideałów, do kierowania nas ku nim, do przecierania okien, do osobistej anabazy ale nie do naginania propagandą i ideologią polityczną reszty świata, by się za nasz jakowyś ideał przebrał i by za niego umierał. Do przecierania naszych okien ale nie do tłuczenia okien innym, aby widać było przez nie jedynie nasze widoki.
bo uważam, że to – i to możemy ostatecznie uznać za moją ideologię polityczną – wynalazek, który naprawde służy do zdobywania władzy i dominacji choc miał chyba do rozwiązywania zbiorowych problemów. To maszyna, która się popsuła i, jest jak ten młyn olbrzymek z sagi, który zamiast mleć dostatek i pokój a mieli zwykle kolejne armie i kolejne problemy. Jest coś w ludzkiej naturze, być może to jest właśnie ta skaza po upadku, po grzechu, co nakazuje nam wszędzie i zawsze, we wszelkich dziedzinach i w każdy sposób zdobywać dominująca pozycję ( coć jak u naszych zwierzęcych przodków – pozycja w stadzie to podstawa ) udowadniać zdobycie przewagi i rozkładać adwersarzy na glebę. Jeśli istnieje jakaś skaza, jakis upadek to tu bym ją widziała – w nieposkromieniu (choc imo próbujemy zawzięcie rozmaitymi sposobami, które tworzymy w kulturze, które tworzymy kulturą) tego do władzy i dominacji dążenia a potem do jej dowodzenia i utrwalenia. Nie ważne czy na gruncie gospodarki globalnej, polityki międzynarodowej czy na gruncie środowisk zawodowych i grup towarzyskich.
prowadzące do zdobywania dominacji i sławy.
Nie jestem fanką takiej czy innej ideologii politycznej, do polityki podchodzę nieufnie z miotła na długim kiju
A btw gdybania kogo by Tolkien teraz popierał to zgodzę się w tym z Shippeyem. Dlaczego? Bo wśród dziesiątków ideologii politycznych, jakie możemy przyjmować, rozpatrywać, o jakie można się spierać, jakie można stosować, ekologia i zieloni to nurt (mówi się o zielonej rewolucji, która będzie następną globalna rewolucją, nie koniecznie wojskowego typu ale jako przełom w myśleniu) który imo Tolkien widziałby, jako jedyny nurt ideologiczny oparty na _rzeczywistych potrzebach_ całego świata, na faktach, na koniecznościach, na konieczności ratowania czegoś dla _przyszłości_, a nie na wyobrażonych ideach, iluzyjnych wspólnotach i ciągłym spieraniu się o wizje przeszłości co robią cały czas i przez większość czasu wszelkie ideologie polityczne. Tolkien widziałby w trendach i ideach ekologicznych coś realnego i potrzebnego a nie tylko temat do przekonywania się i przekomarzania na salonach.
poz
tal
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 17:31
I tu Tallis robisz dokładnie to samo, co zarzucasz “ideologom”. Ponieważ idee ekologizmu są Ci najwyraźniej bliskie, dowodzisz, że Tolkien głosowałby na Zielonych.
M.L., dnia 07.12.2007 o godzinie 18:10
“Wnioski z jej ustaleń są takie: islam nie był niezbędny, żeby Europa przechowała swoje dziedzictwo. Wręcz odwrotnie – przedislamski Wschód i Południe mogłyby wydać jeszcze więcej owoców, gdyby nie zdławił ich islam.”
Kilka kwestii nietolkienowskich.
Europa Zachodnia stracila swoje antyczne dziedzictwo przed pojawieniem się Islamu.
Zauważ, że autorka nie twierdzi, iż Arabowie nie odegrali żadnej roli w odrodzeniu nauki wiedzy w Europie Zachodniej. To nie jest kwestia tego, czy islam był zbędny, czy nie. Nie tego dotyczy motyw o ktorej wspominałem. Czy nam się podoba czy nie islam zaistnial. Czy nam się podoba czy nie, ogarnąl takakie a nie inne tereny wchalaniając i przetrawiając nauki i tradycje Rzymu, Grecji, Persji i Indii.
I czy nam sie podoba czy nie, przekazal je Europie Zachodniej, dzieki czemu na nowo poznala Arystotelesa (bez czego nie powstalby tomizm), dzięki czemu mamy algebrę i cyfry arabskie.
Dyskusja co by było gdyby, do tego ideologicznie nacechowana nie ma najmniejszego sensu. Bo jest dyskusja o wierze i przekonaniach a nie o faktach. A fakty sa jakie są, moga sie nam nie podobać, ale obrażać sie na nie byłoby bez sensu.
Kiedy w swoim eseju pisalem o relacjach świata islamu i Europy przed epoką oświecenia, to chodzilo mi o pokazanie, że nie było wtedy tego co nazywamy dzisiaj wojną cywilizacji. Byl konflikt, były wojny, były spory, ale była tez współpraca, handel. Wraz z XIX wiekiem pojawia się pogarda, poniżenie, dominacja i lekceważenie. Tutaj Galu nie spodobało Ci się, jak potraktowalem Cie z góry, więc może da Ci to do myślenia, że nikt tego nielubi niezależnie jakim językim mówi, jaka religię wyznaje i jakiej jest narodowości.
I dlatego pisalem o tym, że zapracowaliśmy sobie na ta niechęć, czy nienawiść.
I tyle.
A teraz o Tolkienie:
Nie zamierzam pisać na kogo by Tolkien glosował dzisiaj, bo proste przenoszenie ówczesnych podziałow politycznych na współczesne ma umiarkowany sens.
Użyję przykłady Shire’u. Chyba wszyscy się zgodzimy, ze Shire, jest dla Tolkiena krainą z tęsknot. Miejscem idealnym. Gdzie władzy jest tylko tyle ile na prawdę potrzeba, gdzie życie toczy się powoli swoim rytmem, gdzie nie ma przemysłu. To wyidealizowany obraz Merry England (Wesołej Anglii).
I jeżeli potraktować Shire, jako swego rodzaju utopię, to pod taką utopią poza Tolkienem (nie określając jego afiliacji politycznych), podpisaliby się: ideolog konserwatyzmu John Ruskin, i jego uczeń William Morris, socjalista zresztą.
Bo paradoksalmnie w Wielkiej Brytanii bywało tak, że konserwatystom było blizej do socjalistow niż do na przykład liberałów. Bywało też i odwrotnie.
I choć osobiście sklaniam się ku poglądowi, że Tolkienowi było najbliżej do konserwatyzmu, to nie jestem przekonany czy odpowiadałby mu thatcherowski i post-thatcherowski konserwatyzm.
A co do opinii Shippey’a, to warto pamiętać, że zieloni, to nie tylko ci spod znaku rzodkiewki (z wierzchu zielony pod spodem czerwony), ale wiele partii tradycyjnie ludowych ewoluuje w kierunku ekologizmu, ktory nie jest naznaczony lewicowością. I znając poglądy Shippey’a sądzę, że taki nurt zielonych miał na myśli.
Jeżeli tak, to bylbym skłonny się z nim zgodzić.
Pozdrawiam
M.L.
Galadhorn, dnia 07.12.2007 o godzinie 18:40
Chętnie dowiedziałbym się więcej o takich nielewicowych Zielonych. Masz może M.L.-u namiary na którąś z takich partii?
I chcę jeszcze dodać, że mimo naszych jakże częstych retorycznych starć, bardzo Ci dziękuję, że zgodziłeś się opublikować tu Twoją wypowiedź, M.L., w formie felietonu polemicznego. W końcu LNDLN ma szanse reprezentować jeszcze szersze spektrum poglądów na Tolkiena i tolkienistykę. Dziękuję Ci.
Tallis Keeton, dnia 07.12.2007 o godzinie 23:50
I tu Tallis robisz dokładnie to samo, co zarzucasz “ideologom”. Ponieważ idee ekologizmu są Ci najwyraźniej bliskie, dowodzisz, że Tolkien głosowałby na Zielonych.
Robię więc to samo co Shippey. Ale to gdybanie – nie twierdzenie, że na pewno Tolkien by to poparł. Sądząc po jego wypowiedziach to całkiem możliwe. Zresztą nie wiem co to owe idee ekologizmu, nigdy nie spotkałam
ani nie traktuję żywotnej konieczności ochrony środowiska jako ideologii politycznej. To obowiązek ludzki a nie polityczny, jak powiedział Tolkien o Wyprawie. Nie uważam też, by tej ochronie potrzebne były polityczne partie zielonych. Może i pomagają ale imo pewnie robią więcej hałasu w mediach niż prawdziwej roboty, podejrzewam. Nie dowodzę, że Tolkien by głosował a wyrażam podejrzenie, że może by poparł. Czy mówiłam coś o partii Zielonych? Czy mówiłam, że Tolkien głosowałby na nich? Uważam, że był na tyle przewidujący, że tak, imo może zrozumiałby konieczność postawienia ochrony tych resztek, których jeszcze nie zmarnowaliśmy, ponad innymi interesami i interesikami, kiedy większość nadal tą ochronę ma za nieważny i niepoważny margines. Kto dziś się śmieje i gada o wyższości swej wygody i kasy nad “jakimiś kwiatkami i żabkami”, tego wnuki będą przez niego cierpieć.
poz
tal
Ankali, dnia 08.12.2007 o godzinie 0:35
Ja chciałabym wejść w dialog z wypowiedzią Dagoberta i nie tylko dlatego, że jestem w podobnej co on sytuacji mentalnej (po egzaminie i obronie) i też się chętnie powymądrzam (spróbuję ludzkim językiem)
Dagobert pisze:
“Dyskursywnie będziemy się spierać a empirycznie radziłbym testy socjologiczno-estetyczne jako metodę odkrywania zbieżności (mozliwego) przesłania dzieła z historycznie już funkcjonującym światopoglądem (religijnym czy nie). Na nieświadomych autora ludziach”
Masz rację, taki test byłby optymalny. Sama kiedyś o tym myślałam. Jednak założenie badania nie jest do spełnienia – w praktyce trudno byłoby znaleźć “nieświadomego” czytelnika. Jego “świadomość” poza tym w każdym przypadku jest kategorią stopniowalną (tfu, przepraszam).
Tu jednak ważniejsza jest kwestia pewnego języka czy świata znaczeń – a taki Tolkien niewątpliwie tworzy. Mnie też się nie podoba monarchistyczna czy konserwatywna manipulacja WP czy innym dziełem. Rzecz jednak w tym, że jest to próba (rozpaczliwa może) przełożenia własnych wartości na język kulturowy lepiej zrozumiały. W świecie, w którym żyjemy np. samo słowo “panowanie” najczęsciej źle się kojarzy i żeby nie nastraszyć nim od razu potencjalnych odbiorców przekazu ideologicznego (ups!) . Co innego gdy to się mówi “panowanie króla Elessara” z odpowiednim komentarzem czy “przekladem” na naszą rzeczywistość. Na to wszystko nałozył się film, który w popkulturze żyje własnym życiem
MOże warto się trochę wczuć w takiego monarchistę czy kogo tam i przyznać, że czasem nie chodzi o perfidną manipulację, ale o próbę przebicia się w dyskursie (no znowu uczone zaklęcie, sorry).
Jest jeszcze jeden aspekt “instrumentalizacji” Tolkiena: znam dwa-trzy przypadki działania terapeutycznego dzieł Tolkiena w sytuacjach kryzysów psychicznych czy jakiegoś poważniejszego dylematu wartości. To nie leczyło, ale pomagało poustawiać rzeczywistość na właściwym miejscu. sama komuś lekturę WP w tych celach podsunłęm. To też jest instrumentalizacja, ale chyba uprawniona (tym bardziej, że bardzo prywatna), choć zawsze ideologiczna… Rzecz ma się podobnie z efektem pedagogicznym: w szkole np. nie da się uniknąć jakiejś ideologizacji dzieła.
Problem zaczyna się gdy przywołamy skrajne manipulacje gejowskie, satanistyczne i jakie tam jeszcze, wraz z argumentem, że jak mogą monarchiści używać wyobrażeń Tolkienowskich, to czemu nie geje? Tutaj, wydaje mi się, szczególnie ważny jest tekst taki jak napisał ML i podobne dyskusje. Wyznaczają one jednak pewne granice manipulacji, które mogą dostrzec (jeśli chcą) np. ci, co to Tolkiena czytają, a nie zostają “wyznaniowymi” tolkienistami.
A jeszcze islam: Galadhornie, gratuluję przyczytania Koranu, mnie się nie udało… Twoje argumenty na temat islamu przekonują, ale chyba brak im pragmatyzmu (może celowo?). Mam na myśli fakt, że muzułmanie mogą być jednak bliscy chrześcijanom w sytuacji sekularyzacji, w jakiej jesteśmy. Dam przykład: co bogatsi Arabowie we Francji (nie ma tego dużo) posyłają swje dzieci (i to szczególnie córki) do katolickich szkół (wszystkich pięciu, chłe chłe) bo mają pewność że będą one mogły chodzić tam w chustach i nikt im nie będzie rozdawał prezerwatyw. Nie muszę Cie chyba przekonywać (bo sam na tym forum przekonywałeś), że kwestia obyczajów ma nie tylko wymiar etyczny, ale i cywilizacyjny. Czy w tym sporze o kształt cywilizacji nie warto poszukać sojuszników?… Islamskich może dałoby się znaleźć.
Tallis Keeton, dnia 08.12.2007 o godzinie 17:07
“To nie leczyło, ale pomagało poustawiać rzeczywistość na właściwym miejscu.”
Zgadzam się. Bo po prostu wszelkie mity tak mają, że pomagają człowiekowi ustawić rzeczywistość na własciwych miejscach. To ich najważniejsze, że tak powiem posłannictwo.
Nie jestem wyznawcą Tolkiena, bo w ogóle z wyznawaniem czegokolwiek na poziomie emocjonalnym kiepsko u mnie. Nie mam i chyba nigdy nie – miałam nadprodukcji uczuć wyznawczych, religijnych czy mistycznych. Ale wiem, że mity służą nam do tego i to o ile się z własnych lektur o mitach i z własnych doświadczeń z mitami przekonałam, służą dobrze, może nawet lepiej, jak obecne modne trendy typu programy asertywności, grupy wsparcia czy inni terapeuci. Kiedyś takimi przysługami dla ludzkości zajmowały się mity, ale także religie i filozofie (a wraz z nimi i dużą część literatury o tym charakterze, ludzie po prostu przestali takie rzeczy czytać) a ponieważ je odrzucono, nastąpiła luka w wypełnianiu potrzeb psyche ludzkiej i trzeba ją było czymś wypełnić. Pewnie dziś psychologia i pochodne jakoś tę lukę wypełnia, ale imo to jest trochę jak z różnicą między gorzkim lekarstwem, które pomaga na chorobę a smaczną dietą, która przeciwdziała chorobie. Obecnie ludzka psyche łyka gorzkie lekarstwa – czyli praktyczne zastosowania odkryć nauk psychiatrycznych i neurologicznych, dowiadując się, że jest słaba, nieudolna, psychicznie niestabilna, zmanipulowana itp a kiedyś po prostu była właściwie żywiona.
Czy łatwiej jest znosić modne terapie i kursy jak już się zrobi źle, czy też łatwiej wcześniej poświęcić część swego zabieganego życia na zdrowe traktowanie swej psychiki? Traktowanie jej – w zależności od potrzeb i przyzwyczajeń – po prostu kulturą; jakąś duchowością, religią, filozofią i oczywiście mitami? Odwołanie się do mądrości nagromadzonej przez tysiąclecia może przytłaczać, przestraszać, ale daje też solidną bazę. Grunt pod nogami. Wiem kim jestem, bo moja rodzina nauczyła mnie kochać książki. Oraz przekazała trochę informacji o moich przodkach. Z którymi to przodkami czuję związek i których podziwiam. Moja prababcia zbierała książki, moja babcia zbierała, moja mama zbiera i ja zbieram. Może to prymitywne podejście, ale ja oglądam sobie ludzi biegających od terapeutów do terapeutów w poszukiwaniu szczęścia, bo nie wiedzą co ze sobą zrobić, nie mają Celu, Sensu, ani środków do ich tworzenia a tak naprawdę nigdy im się nie chciało czegoś poczytać ani pomyśleć o czymś innym, jak oni sami.
poz
tal
Zostaw komentarz